0,00 zł

Roam – dwa miesiące testów

Testy
2026-06-11
Roam – dwa miesiące testów

Buty biegowe od Keen „marzyły” mi się już od dawna. A tak naprawdę, wielokrotnie powtarzałam, że marka ta powinna pójść w tym kierunku, mając tak dobre zaplecze w tworzeniu obuwia trekkingowego. Musiało minąć trochę czasu, żeby faktycznie się tak stało. Ale kiedy już do tego doszło, to Keen stworzył modele, które naprawdę mogą namieszać na biegowym rynku. Przez całą wiosnę miałam okazję testować jeden z nich. Roam towarzyszył mi zarówno podczas codziennych treningów, jak i w trakcie jednego z ważniejszych, tegorocznych startów.

Roam – pierwsze testy, pierwsze wrażenia

Kiedy buty do mnie dotarły, od razu zapragnęłam je przetestować. Na dzień dobry nie zabrałam ich jednak w góry, a na moje „przydomowe” ścieżki w Kampinosie. Z nowymi, biegowymi butami zazwyczaj wolę nie szaleć i sprawdzać je na krótszych dystansach oraz w mniej wymagającym terenie. Jednak już po przebiegnięciu 10 km w puszczy wiedziałam, że się polubimy. Dobra, ale nie za mocna amortyzacja (nie przepadam za tym, gdy buty są za miękkie), świetne trzymanie sznurówek (raz zawiązane nie wymagają poprawy), stabilizacja oraz ogólna wygoda użytkowania. Chwilę po tym pierwszym biegu, Roam wybrały się ze mną w Beskidy. Gdy mój mąż eksplorował rowerowe trasy enduro w Bielsku-Białej, ja przemierzałam tamtejsze górskie szlaki. Z racji tego, że Keen określa Roam jako obuwie all-terrain , sprawdzałam je zarówno na kamieniach, szutrach, korzeniach, ale i asfalcie. I wszędzie tam pozwalał mi komfortowo pokonywać kolejne kilometry. Oczywiście warto mieć na względzie, że na asfalcie będzie nieco bardziej twardo i sztywno, ale jeśli nie będziecie musieli przebiec w nich maratonu, a jedynie kilka kilometrów, to powinno być OK!

Keen Roam buty trailowe

 

Keen Roam buty trailowe

 

Keen Roam buty trailowe

Roam na Pieniny Ultra Trail

Jednak największy i najpoważniejszy test Roam przeszły pod koniec kwietnia 2026 roku. Dzięki temu, że zostałam częścią Keen Trail Team mogłam wystartować w Pieniny Ultra Trail, na trasie Wielkiej Prehyby. 44 km, ponad 2000 m przewyższenia i cudowne widoki. Na tamten moment w Roam miałam zrobione jakieś 100 km. Uznałam, że już wiem, czego mogę się spodziewać po tych butach, dlatego ze spokojną głową (przynajmniej w kwestii obuwia) wyruszyłam na start.

Trasa Wielkiej Prehyby obfituje w strome podejścia i zbiegi, ale też cudowne momenty poruszania się po widokowych grzbietach i polanach. Rodzaj podłoża, po jakim się biegnie, również jest mocno urozmaicony. Są kamienie, korzenie, trawiaste łąki, ale też asfalt czy nieszczęsna kostka Bauma przy potoku Grajcarek, wzdłuż którego pokonuje się ostatnie przed metą kilometry. I muszę powiedzieć jedno. W trakcie biegu w ogóle nie myślałam o butach. Założone i zawiązane rano, po prostu trwały na właściwym miejscu, pozwalając mi bezpiecznie i komfortowo pokonywać kolejne kilometry. Nie miałam z nimi żadnych problemów technicznych. Przy okazji mogłam sprawdzić, jak Roam radzi sobie, gdy na zewnątrz robi się cieplej. Tego dnia w Pieninach była słoneczna pogoda, a temperatura oscylowała powyżej 20 stopni. Wszyscy zawodnicy trochę narzekali, że było za ciepło. Ja również. Ale absolutnie nie odczuwały tego moje stopy. Roam ma naprawdę dobrą wentylację. Jedyne, co mogę im zarzucić, to fakt, że przez cholewkę dostaje się do ich wnętrza sporo kurzu. Więc po biegu mogłam spokojnie zostać bohaterką książki „Czarne stopy”. Nie było to jednak coś, co jakkolwiek zaważyło na moim starcie. A sam bieg poszedł mi całkiem nieźle. Zakładałam, że jak zmieszczę się w 7 godzinach, to będę mogła odtrąbić sukces. Jednak ostatecznie 44 km pokonałam w 6 godz. 18 min 48 s, co dało mi 85. miejsce na 533 startujące panie. I choć pewnie mogłam zejść poniżej 6 godzin, to uważam, że jak na kontuzję, z którą się w tym czasie zmagałam, to wynik ten jest naprawdę bardzo zadowalający. A to, na czym mi najbardziej zależało, to na zrobieniu tego biegu w komforcie. I to, również dzięki modelowi Roam, w 100% mi się udało.

Keen Roam buty trailowe

 

Keen Roam buty trailowe

 

Keen Roam buty trailowe

 

Keen Roam buty trailowe

 

Keen Roam buty trailowe

Roam nie tylko biegowo

Już od pewnego czasu w trailowych butach nie tylko biegam, ale też wędruję po górach. I o ile w trudniejszy teren zwykle zabieram obuwie typowo trekkingowe, o tyle na nieco łatwiejsze czy lżejsze trasy wolę przywdziać te biegowe. I Roam miał okazję towarzyszyć mi również podczas wędrówek, w trakcie których spisywał się na medal. Tu muszę podkreślić, że zarówno podczas bardziej dynamicznego, jak i ciut bardziej statycznego ruchu, podeszwa ma naprawdę bardzo dobrą przyczepność. Dzięki temu nawet, jeśli będziecie musieli się wspiąć kawałek po skałach, to Roam zapewni wam stabilne podparcie, które w takich sytuacjach jest kluczowe.

Czy Roam ma jakieś wady?

Oczywiście nie jest to but idealny. Bo czy taki w ogóle istnieje? O jednym z zastrzeżeń wspominałam, a mianowicie o dużej przepuszczalności kurzu przez cholewkę. Oczywiście każde, biegowe, górskie buty będą się tym charakteryzować. Natomiast w przypadku Roam odniosłam wrażenie, że tego kurzu dostaje się do wnętrza buta zdecydowanie więcej. Drugie zastrzeżenie dotyczy sznurówek. I o ile bardzo doceniam w nich to, że naprawdę dobrze i mocno trzymają, o tyle mają tendencję do „zacinania się”. Chodzi mi o sytuację, w której przy próbie ich rozwiązania trzeba się trochę nakombinować, by oderwać je od języka buta. Prawdopodobnie dzieje się tak,że materiał, z jakiego są wykonane, chyba zbyt mocno się kurczy, gdy jest naciągnięty, a do tego jest delikatnie chropowaty. Raczej nie można tego zaliczyć do dużych mankamentów, natomiast jak człowiek jest zmęczony, to chciałby szybko buty zdjąć. Trzeci element, który powoli daje o sobie znać, to delikatne przecieranie się zapiętka w jednym z butów. To może wiązać się ze sznurówkami oraz moją walką z ich luzowaniem. Dlatego czasami buty zdejmowałam bez ich kompletnego rozsznurowania, co prawdopodobnie wpłynęło na wycieranie się materiału. Póki co dziury jeszcze nie ma, ale istnieje pewien cień szansy, że za czas jakiś się pojawi.

Keen Roam buty trailowe

 

Keen Roam buty trailowe

 

Keen Roam buty trailowe

Roam vs. Hoka Challenger

Ponieważ Roam to nowy model buta, to pewnie dla części osób przydatne może być porównanie do modelu, który na rynku istnieje już od dawna. I z segmentu all-terrain jego odpowiednikiem będzie Hoka Challenger, w której sama biegam od wielu lat. Fakt faktem, odkąd mam w swojej kolekcji butów biegowych model Roam, to po Challengery sięgam rzadziej.

Co je łączy? Przede wszystkim możliwość ich wykorzystania w urozmaiconym terenie, od asfaltów po szutrowe czy bite ścieżki. Oba modele są dość szerokie w śródstopiu. Aczkolwiek Hoka oferuje jeszcze wersję „wide”, która tej przestrzeni posiada jeszcze więcej. Osobiście jednak znajduję odrobinę więcej różnic. Challenger wersja 8 ma większą amortyzację niż Roam. Osobiście wolę buty nieco twardsze, które nie mają efektu „bujania”. Roam na tym polu prezentuje się zdecydowanie lepiej niż Hoka. Oczywiście amortyzuje wstrząsy, ale jest przy tym bardziej stabilny. Cholewka w Challengerach jest odrobinę bardziej podatna na zaciągnięcia (np. przez kolczaste rośliny czy gałęzie), a ta w Roam jest pod tym kątem mocniejsza. Ponieważ biegam we wkładkach ortopedycznych, to nie wypowiem się na temat wkładek w obu modelach, natomiast te oferowane przez obu producentów wydają się być sensownie wykonane. Jeśli chodzi o wiązanie, to zdecydowanie bardziej wolę to w Roam, choć jak wspominałam powyżej, też nie jest idealne. Natomiast butów marki Keen praktycznie nie muszę poprawiać podczas biegu, za to Hokę zdarza mi się notorycznie wiązać od nowa. Podsumowując, oba modele są naprawdę dobrym wyborem. Ale to Roam częściej mi obecnie towarzyszy.

Dla kogo Roam?

Model Roam to propozycja dla tych biegaczy, którzy poszukują butów uniwersalnych, ale z bardziej terenowym/górskim zacięciem. Choć podeszwa tego modelu nie należy do najbardziej agresywnych, to i tak pozwala komfortowo pokonywać pełne kamieni czy korzeni ścieżki. Ale równocześnie daje możliwość dość szybkiego poruszania się po asfalcie czy chodnikach, bez uczucia, że człowiek klei się do tej utwardzonej nawierzchni.

I na koniec – muszę przyznać, że Roam to naprawdę świetny debiut marki Keen na biegowym rynku. Wraz ze swym nieco bardziej „agresywnym” bratem – modelem Seek, mają szansę mocno namieszać w tym segmencie obuwia. I mam nadzieję, że Keen będzie dalej iść w tym kierunku.

Autor: Aleksandra-Zagórska Chabros (Bałkany według Rudej)

Pokaż więcej wpisów z Czerwiec  2026
pixel